#15

Odnajdujesz się w moim zagubieniu
Delikatnie wyłuskujesz wszystkie drzazgi
Zjadasz je łapczywie
A potem się uśmiechasz
I pytasz czy mam jeszcze

# 19

beztytularnie
figlarnie
namacalnie palcalnie
imaginarnie tylko dla mnie

#6 #7

#6
Zazdroszczę Jej
Twoich uśmiechów
Zazdroszczę
spacerów dotyków herbaty
Zazdroszczę Jej
Twojego czasu.

#7
Wraz ze zmianą zdania
w połowie pełna
na -pusta
do głosu dochodzi czwarta półkula

zakamarki umysłu
opanowuje kolor fioletowy
niechęć brunatnozielona
nostalgia indygo
powstaje pozostaje
szarość

Napełnij mnie kolorami.

Trzeba przyznać, że znów czas mija niemalże niespostrzeżenie, natomiast boleśnie. Czuję zmęczenie, ba, nawet wyczerpanie.

Grudzień zaczął się kolejnym spóźnieniem. Odsypianie zarwanych nocy w trakcie lekcji to nie najlepszy pomysł. Ale to było fantastyczne uczucie wyjść z domu przed 10, gdy już było jasno, w dodatku słonecznie. Spokojnie, bez pośpiechu dojść na przystanek, uśmiechać się do ludzi i leniwie patrzeć na papierosowy dym przysłaniający słońce. Więcej takich dni.

Perspektywy są fantastyczne, rzeczywistość mniej. Od stycznia samodzielne mieszkanie, lepsza praca i ogólnie do przodu. Od stycznia nowa siostra, więcej problemów. Na razie mieszkanie z ojcem przebiega bezkonfliktowo i zdecydowanie lepiej niż ciągła walka z matką i wariatkowem. Prawo jazdy, jak stało w miejscu tak stoi. Co prawda już po trzecim egzaminie jestem, ale to nie znaczy, że coś ruszyło do przodu. Właściwie tyle w skrócie trzech miesięcy.

Koniec tego bla bla, bo kogo obchodzi co, gdzie i dlaczego.

Przechodząc do meritum, trochę o narkotykach. I zbawiennym wpływie zachowanej świadomości i przebłysku trzeźwości umysłu. Po raz kolejny na własnej skórze miałam okazję się przekonać, że co za dużo, to nie zdrowo. Przygody i wizje deliryczne z powodzeniem mogą być materiałem na kolejny wpis. Dziś tylko, może nie tyle przestroga, co drobna sugestia. Jeśli zaczynasz mieć stany lękowe, przeraża Cię drobny dźwięk, ściana, spojrzenie człowieka na ulicy – odstaw to co bierzesz. Jeśli rzeczywiste zdarzenia przeplatają się i mieszają ze snami i wizjami, z książkami i filmami – najwyższa pora zrobić sobie przerwę. Jeśli słyszysz kolory, dźwięki jawią się jako owoce, a głos widzisz w formie przedziwnych fal – za dużo na dzisiaj. Jeśli idąc ulicą, nagle wydaje Ci się, że złapałeś mentalny kontakt z Bogiem – koniec z tym gównem.

Stosując się, jak już wspomniałam, do własnej (jeszcze działającej) logiki, odstawiłam wszystko co dobre. Rzecz miała się strasznie, dlatego też przerwa, z ewentualnymi pojedynczymi odstępstwami raz/dwa w miesiącu (co by szoku trzeźwości nie doświadczyć :) ). Zamiast palenia śmiesznych rzeczy, eksperymentów z lekami i innych cholerstw, ograniczam się do piwa raz w tygodniu i dobrych papierosów okazjonalnie. Przy okazji pozdrawiam uzależnionych.

Być może opis traumatycznych stanów poszerzonej percepcji znajdzie się tu wkrótce, może to być całkiem niezła lekturka. Tymczasem zabieram się za kolejne nie cierpiące zwłoki (wiadomo, że zwłoki nie cierpią)…rzeczy do wykonania. Adios.

Zabezpieczony:

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić poniżej swoje hasło:


Te wakacje nie były wymarzonymi. Ani specjalnie odkrywczymi. Ani wolnymi, pełnymi radości, szczęścia, lenistwa i ogólnej beztroski. Większość czasu zajęła mi praca. Niestety nie taka, że idę, pracuję, odbieram pieniądze. Głównie praca umysłowa. Wymyślanie i tworzenie. Opracowałam sklep internetowy. Drugi jest w budowie, mam nadzieję, że przed zimą go skończę. Projekt na konkurs został wysłany. Rozwinięte projekty kilku rzeczy na przyszłość. Prawie całe słoneczne wakacje przed komputerem. Zdarza się*.

Mimo jakiegos tam wysiłku, braku wyjazdów, cholernej chandry i zniechęcenia, jestem zadowolona. Bo coś się udało. Coś zrobiłam. Z czymś ruszyłam do przodu. Czasem chyba warto się zmęczyć niż stać w miejscu.

Moje prawo jazdy stało właśnie w miejscu. Wreszcie zapisałam się na egzamin i na początku wrzesnia idę go oblać. Znaczy nie zdać ;] Niestety jeżdżenie automatem po Warszawie, nawet jesli jest dwa razy większy niż osobowy samochód, na niewiele się zdaje. Średnio wierzę w powodzenie tego egzaminu, więc może podejście będzie luźniejsze. Ale… Zdarza się.

Właściwie powinnam teraz siedzieć na łóżku, tulić misia i pochlipywać. Tak by wypadało. Ale ile można? Wystarczyła mi noc. Ciężko mi to przyznać, ale po raz kolejny przytoczę banał. Naprawdę coś się docenia dopiero jak się to straci. Wcześniej jest to … codzienne. Oczywiste. Dostępne. Niedocenione. I zdecydowanie najbardziej psuje tu wszystko egocentryzm. Zdarza się? Zdarza. Zdarzyło i niech się więcej nie zdarza. Po raz pierwszy spędziłam całą noc analizując przeszłość. Nie żeby znaleźć błędy. Żeby znaleźć wszystkie błędy i zapisać sobie w pamięci do szufladki ‘nigdy więcej nie popełniać’. Właściwie noc była również owocna mimo przenikającego zimna i bryły ‘czegoś’ co siedziało we mnie w środku. Nad ranem ogarnął mnie spokój i mocne postanowienia na szeroko pojętą przyszłość. Postanowienia inne niż wcześniej. Rozwinięte o całą noc analizowania, rozwinięte o nowe spojrzenie. Z .. innej perspektywy. Czasem się czujemy jakbyśmy doznali olśnienia. Np. przy zrozumieniu jakiejś pokręconej lekcji z matematyki, gdzie brakowało elementu wiedzy zeby wszystko dzialalo. Właśnie około 5.30 rano przyszło takie ogólne olśnienie, a sumiennie oddzielane kawałki stworzyły przejrzystą całość. Pojawiły się nowe zmienne, rozwiązania poprzednich równań i skreślone na czerwono błędy. Tak, zdecydowanie tamta noc była bardzo owocna.

Uczucie… przykrości, bryły w żołądku i dziwnej nieobecności powoli mija. Z dnia na dzień słabnie. Jakby się wyczerpywała już bateria. Silna wola, z dnia na dzień coraz mocniejsza, trzyma mnie, żeby nie robić ogólnie pojętych głupot i nie łamać prośby. Wnioski, wnioski, wnioski. Po raz pierwszy olśnienie, co tak naprawdę znaczą. Kasiu, uczysz się. Brawo. Na błędach, ale przecież… Zdarza się.

Szkoła? “O niiieee, tylko nie too bleee jakie te wakacje krotkie bla bla”. E tam. W końcu nie zmienię szkoły po raz kolejny. Koncentruje się na pracy, prawie jazdy, a szkoła.. idzie sobie swoją drogą. Potem pewnie mieszkanie, może zmiana szkoły. Niewiadome, ale dopiero po osiągnięciu celów. Daleko do nich. Więc spokojnie, bez miotania się. Tak zwana “najwyższa pora”. Nie lubię tego związku frazeologicznego. Cóż, zdarza się.

Pojawiają się właśnie niespokojne myśli. “Nie powinnam tego wszystkiego pisać…może lepiej otworze zeszyt, pójdę na balkon, potnę się, zjem coś…” I myśli doprowadzające do porządku. “Kurwa (zawsze się zaczyna od ‘kurwa’…) ogarnij się. Pisze bo chcę. Tak trzeba i będzie spokój. Zajmę się później kolejnym ‘tym co trzeba’ i tak dalej. Najważniejsze, żeby robić swoje, wtedy jest jakiś ład. I nie filozofować.” Tak więc piszę. Już kończę. Trzeba jeszcze przygotować dziś wzór wizytówek, przyszyć guzik do płaszcza, sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu. I zabijać. Powoli, systematycznie zabijać w sobie pozostałości.

Żegnam serdecznie do kiedyś.

* chwilowa inspiracja Vonnegut’em “Rzeźnia numer pięć”. Aczkolwiek “Witajcie w małpiarni” bardziej do mnie przemówiło

inspiracje

Ja mam cele. Pomimo wszystkich przeszkód jakoś do nich dotrę. Buduję optymizm z dnia na dzień. Inspiracje ostatnie pochodzą z filmów i książek. Film – Vicky Cristina Barcelona – pisałam już o nim. Obejrzałam kolejne 2 razy. I coraz więcej widzę.  Książki? Gombrowicz napisał coś mądrego i czasem warto:

“Chcesz wiedzieć kim jesteś? Nie pytaj. Działaj. Działanie cię określi i ustali. Z działania swojego się dowiesz. Ale działać musisz jako “ja”, jako jednostka, bo tylko własnych potrzeb, skłonności namiętności, konieczności możesz być pewny. Tylko takie działanie jest bezpośrednie, jest prawdziwym wydobywaniem siebie z chaosu, autostwarzaniem. Reszta – czyż to nie recytowanie, wypełnianie schematów, tandeta, kicz? [Witold Gombrowicz "Dzienniki 1957-1961" s. 162]

Ostatnio coraz bardziej mnie pochłania fotografia. Eksperymenty. Ulepszanie tych zdjęć. Szukanie nowych kadrów, żeby wreszcie z 1000 wybrać więcej niż 5 dobrych. Albo zrobić tylko 10 ale wszystkie takie jak powinny być. Dam rade ;)

Jutro uciekam od rzeczywistości na 4 dni i jade do lasu biegać z mieczem. Serio. Nareszcie. Nareszcie. Nareszcie. Wyłączyć telefon (oszczędzać baterie),  i zapomnieć o Warszawie i całym tym burdelu. Z daleka od tego, przenieść się w inny świat, znaleźć właściwy dystans i wrócić świeższa. Zobaczymy.

Moja intensywność nie powstała, bo w gąszczu problemów i myśli rodziły się same pseudofilozoficzne twory. Ale przyjdzie i na nią czas ;)

Z uśmiechem, udawanym bo udawanym, na siłe bo na siłe, ale z usmiechem – koncze kolejny dzien.

“tak bardzo chciałbym, abyśmy zwariowali”- ten fragment mówi sam za siebie. Dosyć już rutyny, bezczasu i stania w miejscu. Zwariować, pobiegać i pośmiać się. W zielonych spodniach, trampkach i szelkach w kwiatki. Rudo na głowie. Zielono w głowie. Sprawiać że ludzie sie usmiechaja. Uwieczniać te uśmiechy.Nowe hobby przy okazji. Wlaściwie to stare, ale wreszcie realizowane, jak trzeba.

Maj jest bardzo gorący. Niespokojny. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, łapię coś i za chwilę puszczam widząc coś innego. Wciąż się zmieniam.Pytanie, w którą stronę… Rzeczy porzucone w połowie nie mogą się doczekać na dokończenie. Przeraża mnie codzienna lista rzeczy odkładanych ‘na jutro’.

Plany, plany i po planach. Znów oduczyłam się planować. Wszystko przez spontaniczność i nieprzewidywalność życia. A najfajniej byłoby usiąść na dachu, z piwem/winem i patrzeć na to wszystko z góry. Wyrwać się. Nie, nie uciec. Właśnie wyrwać. Na chwilę stanąć z dala od świata. Nabrać dystansu i znów wrócić do teraźniejszości. Wakacje, to jest plan na wakacje. Mimo wszystko plan, marzenie.

Podoba mi sie słowo ‘intensywnie’. Najpierw ktoś go ostatnio uzyl, pozniej zobaczylam ostatni tekst panish’a. `Cos jest w tym slowie i w samym odczuciu intensywnosci. Nasycenie, wyraz, esencja. O, esencja to też ładne słowo.

‘Intensywna esencja życia’, czuję, że coś powstanie już niedługo ;)

Święta były przecudowne. Magiczne. Przepełnione uczuciem i pewnością, że będzie dobrze. Już po świętach. Wszystko upada. Stopniowo się burzy. Kamyczki spadają, ważne rzeczy umykają aż w końcu lawina przykrywa wszystko. Priorytety i wartości uległy przemieszaniu. Niezdefiniowaniu i zaburzeniu kolejności. Czemu? Strach. Znowu pierdolony wujek strach.

Uleganie szaleństwu wcale nie jest fajne. Bo jednak są konsekwencje, a szaleństwo nie jest wymierne. Czasem chyba warto poświęcić. Tylko w którą stronę?

Z przyjemnością wycięłabym sobie serce. Zniknęła je. Tylko przeszkadza. Wprowadza niepokój i zaburza myśli. Byłoby łatwiej. Perfidniej. Szaleńczo. Bez uczuć. Bez poczucia winy, tęsknoty i kochania. Dziś jestem wyprana z uczuć i emocji. Lekkim zainteresowaniem obdarzam jedynie matematykę. Reszta gdzieś leży schowana, może zgnije, a może wyparuje. Przyjemnie jest o to nie dbać. Szkoda tylko, że gniją ładne rzeczy.

Czekam do świtu. Świt działa kojąco? Chyba tak. Nic sie wtedy nie dzieje. Spokojnie zaczyna sie dzien. Czysty, pachnacy słońcem i nowością. Potrzebuje świtu.

Znow minelo sporo czasu od poprzedniego znaku zycia, ale… duzo sie dzialo. Przede wszystkim mamy juz prawie polowe kwietnia. Słońce ostatnimi czasy dosc mocno grzalo i momentami zastanawialam sie czy to kwiecien czy srodek wakacji. Dni plynely pozytywnie i leniwie.Godziny w szkole tak bardzo sie dluzyly, ze prawdziwa przyjemnoscia bylo pozniej pojsc na zimne piwo, posiedziec nad Wisłą i zwyczajnie nic nie robic. Calosc odrobine psul czas, a raczej jego brak. Sielanka nie trwala dlugo, bo trzeba przeciez szybko wracac do domu, do pracy, zeby na to zimne piwo bylo mnie stac. Wieczorem troche pograc w kosza, wrocic pozno i zakonczyc dzien. Ostatnio bylo zdecydowanie za gorąco. Od takiej pogody robi sie bardzo sennie. Moglabym nie wstawac. Przespac upalny dzien i budzic sie, gdy slonce juz zajdzie. Cale szczescie, ze czasem jednak pada deszcz ;)

W kazdym razie zrobilo sie bardzo wakacyjnie biorac pod uwage ostatni tydzien lub dwa. Cieplo, pozytywnie i tak specyficznie… lekko? Wszystko sie udaje, usmiech prawie nie schodzi mi z twarzy. Pomijajac drobne potkniecia, jest bardzo dobrze i jakis dziwny entuzjazm cechuje kazdy moj krok.

Wraz z wiosna zakochalam sie w King’u troche. I od nowa w Pratchett’ie. A przede wszystkim w retro. I w Amelii, także…

Do zrobienia:

“docenic dyskretny urok drobiazgow”

“celebrowac drobne przyjemnosci”

I tak chyba zakoncze sobotni poranek,  jakby nie bylo podobno swiateczny.

Stary dobry Bon Jovi – Have a nice day.

Synoptycy wariują.

Wychodzę rano z domu. Pada śnieg. Dość mocno. Wsiadam z ulgą do autobusu. Wysiadam, zeby przesiasc sie w inny. Na przystanku sielankowo. Słońce, jakieś ptasie trele. Zero sniegu, nawet rozpielam plaszcz. Wsiadam w kolejny autobus z usmiechem na ustach. Wysiadam pod szkołą. Stawiam kolniez plaszcza, bo wiatr dmuchnal mi sniegiem prosto w twarz, az sie zatrzeslam. Przepraszam, bylo takie powiedzienie…. “W marcu jak w garncu” ? Nie zgadzam sie. W marcu, jak w pieprzonej pralkosuszarce  z nadcisnieniem.

Nie odrozniam poszczegolnych dni. Rytm szkola-praca-dom-lozko-wstac-szkola-praca… pozostaje prawie niezaklocany od dwoch tygodni. Malo spie. Duzo pije kawy. Malo czytam, duzo tlumacze. Brakuje subtelnych promyczkow slonca, ktore wprowadzilyby jakis element zaskoczenia, pozytywu i usmiechu. Brakuje tak dobrze znanych spontanicznych wyjazdow. Brakuje tluczenia talerzy w lesie, brakuje dotaczania sie do domu ze smiechem na ustach. Dorastam na siłe. Ciezko znalezc czas na sesje rpg, na malowanie, na włoczenie sie po Warszawie. Ciezko znalezc czas na zwykle przyjemnosci. Ale znajde. Im wiecej robie, tym wiecej mam czasu. Kiedys dzien mijal momentalnie. Teraz ciagnie sie przez kilkanascie godzin i kazda godzina ma znaczenie. To dobrze?

Esencja.

“przez chwilę nie myśl
nie analizuj
nie pierdol

słuchaj patrz i
podziwiaj

jestem tylko nagą bezbronną
kobietą

zamknij się na chwilę
proszę

chcę tylko powiedzieć
że Cię kocham”

Dobranoc.

.

Tylko noca naprawde znajduje spokoj. Jest prawie cicho. Uporczywe tykanie zegara, do którego nie jestem w stanie sie przyzwyczaic, nieustannie przypomina o mijajacym czasie. Sekunda za sekunda…

…sekunda za sekunda próbuję nadążyć za własnym życiem. Dogonić samą siebie. Znaleźć to, co naprawdę ważne. Poddać się biegowi zdarzeń i przestać się buntować. A może bunt jest właśnie potrzebny? Żeby nie wpaść w tę tak niechcianą rutynę? Nie dać się przygnieść, nikomu nie pozwolić decydować za mnie. Zamiast wciaż gonić, może na chwilę się zatrzymać…

…zatrzymać chwilę, która trwa. Ile razy chcemy to zrobić? Przedłużać kosmiczne momenty, żeby tylko nie musieć wracać do codzienności. Leniwy, ciepły, weekendowy poranek? Słońce wpadające do pokoju? Stoisz nad brzegiem cholernego morza o zachodzie słońca? I jakiś spokoj, ciepło i nieuchwytność wlewa się do serca. Dzień powszedni bez tego jest pusty…

…pusty kubek po kawie mnie przeraża. Kojarzy się z powrotem do pracy. Albo zakończeniem. Z wypalonym papierosem. Wypalonym człowiekiem…

…człowiekiem jestem, a zupełnie jak zwierze.

Dobranoc?

Dni mijają jeden za drugim. W niemalże delirycznym stanie. Znanym, stałym rytmem. Mam przez to za dużo czasu na myślenie. A wbrew pozorom niedobrze, jak człowiek zbyt dużo czasu spędza na roztrząsaniu przeszłości i aktualnych wyborów, które podejmuje. Dlatego najlepiej, jesli caly dzien mam wypelniony przeroznymi zajeciami, sprawami i ludzmi. Wtedy koncentruje sie na chwili i nie wymyslam sztucznych problemow. Czasem też potrzebny jest solidny wstrzas uswiadamiajacy, niesamowita szczerosc i brutalne odkrycie kart. Zeby czlowiek nie popadl w samoswiadomosc i popatrzyl obiektywnie na samego siebie. Za ta szczerosc i sluszne opierdalanie, kiedy trzeba, dziekuje ;)

Moj poziom realizmu ustabilizowal sie wraz z pierwszym akapitem, dlatego tez moge z czystym sumieniem przejsc do spraw przyjemniejszych niz rozstrzasanie samej siebie.

Od poczatku stycznia zaczal sie w szalenczym tempie moj zryw osobowosci. Wzielam sie za tysiac roznych rzeczy naraz. Czesc odpadla od razu, czesc utrzymuje sie do dzis. A jeszcze innej czesci wciaz szukam, bo przeciez nie mozna sie zamykac na swiat !:D

Powrocila moja szeroko pojeta artystyczna dusza. Powstalo kilka “temperowych abstrakcji”, mnostwo szkiców i fotografii. I w sumie sie z tego ciesze. Mozna w jakis sposob odreagowac i zamiast isc na wino – isc po farby i malowac.

Powrocilo rowniez uczucie do fantastyki. Zaczynajac od ksiazek, poprzez planszowki, rpg, na konwentach i larpach konczac. Nie dosc, ze poznaje niesamowitych ludzi, moge rowniez milusio spedzic czas i wiele sie nauczyc ;)

Dni mijaja mi na zajmowaniem sie obiema powyzszymi, nazwijmy to, chwilowymi pasjami. Dodatkowo wspomniane wczesniej prawo jazdy. Na nieszczescie rowniez szkola, aczkolwiek ostatnio – okazjonalnie. Ach, i niesmiale ciułanie na lustrzanke, to tez dosc intensywny szczegół ;)

Pora zacząć trochę na nowo. Na czysto. Na kolorowo. Na wiosnę.

Dla samej siebie, żeby przekonać się, czy potrafię jeszcze bezinteresownie ubierać myśli.

Dla innych, żeby nie żyli w przekonaniu, że jestem egoistką zamykającą się w pokoju i nie dającą nic z siebie.

Co się zmieniło? Wszystko. Ostatni rok był nie tylko pełen wydarzeń. Był pełen zmian, zarówno  we mnie jak i na zewnątrz. Żadne z wcześniejszych lat nie przyniosły tyle doświadczeń i emocji. Ale pieprze. W końcu zaczyna się wiosna, a nie nowy rok ! Także… w skrócie, co się działo przez ostatnie kilka miesięcy:

Byłam w Kanadzie. Pracowałam właściwie po raz pierwszy w życiu, tak na poważnie. Przez ten spontaniczny wyjazd nie zaliczyłam 1 klasy liceum. Zarobiłam część pieniędzy na upragnioną wymianę z USA. I stało się. Po krótkich wakacjach w Polsce (Woodstock!) poleciałam za Ocean. Aż do Utah. Na totalne zadupie, zwane miasteczkiem Ogden. Do ostro porąbanej rodzinki Stephens’ów, gdzie mialam dosc ograniczoną swobodę i wolnosc dzialania -> zamiast siedziec tam rok, siedzialam 2 miesiace. Niestety. Zmarnowana kasa, czas i energia. Ale kolejny kraj za mną, kolejne doświadczenia i porażki. Wróciłam do brudnej Polski. Poszłam do szkoły, jak na porządną młodzież przystało.  < tu następuje zgrzytanie zębami i mamrotane przekleństwa> do 1 klasy liceum. I męczę się już pół roku. Aczkolwiek z tym męczęństwem to przesada. Wszystko wydaje się dość proste, przy przerabianiu materiału powtórnie, i po porównaniu ze szkolnictwem w Stanach. Także.. chodzę sobie jak mróweczka do tej szkoły… w międzyczasie powolutku robiąc prawo jazdy (tak, własnie przypadkiem skonczylam te sławetne 18 lat) i jakoś żyję.

To taki update z cyklu ‘co u Ciebie’. Żeby po raz tysięczny nie odpowiadać na to samo pytanie, odkąd wróciłam ze Stanów.

Jeśli chodzi o tę bardziej mentalną stronę mnie, to muszę przyznać, że pisania byłoby więcej i całego roku nie ujmę w tak zgrabnym akapicie. Warto wspomnieć, że wreszcie trochę dorosłam. Dostrzegłam osoby i sprawy, których nie dostrzegałam. Wymknęłam się tzw. problemom emocjonalnym. Przestałam wykorzystywać wszystkich naokoło i nauczyłam się doceniać. Hej, to mimo wszystko ciągle ja ;)

Zrobi się z tego bardzo długi post, dlatego urywam w tym miejscu obiecując, że najszybciej jak tylko mi się zechce, napiszę o moich fantastycznych i ciekawych hobby, które mi nie pozwalają siedzieć od rana do wieczora przy monitorze. O. To był przykład zdania wielokrotnie złożonego.